Moje książki

„Przyjaciółki z podwórka i tajemniczy tunel”. Moi współpracownicy.

Witajcie kochani,

pomyśleliście pewnie, ale jak to? To ona sama tego nie pisała? Co za ściema! Tyle gadała o pisaniu, a tu taka niespodzianka! Spokojnie! Oczywiście, że pisałam sama. To mój pomysł. To nie plagiat, niczego nikomu nie zabrałam. Od początku do końca wymyśliłam dziewczynki, przygody, które mają w poszczególnych częściach. Kolejne części są w mojej głowie, wystarczy wszystko spisać i ruszyć z całym procesem wydawniczym, jak to było w przypadku tych pierwszych trzech części.

Chciałabym Wam dziś opisać ten proces i ludzi, którzy ze mną współpracowali przy wydaniu książek. To jest kosztowne, ale moim zdaniem niezbędne, żeby można było wypuścić bez wstydu książki na rynek wydawniczy. Ja postanowiłam skonsultować się na początku z osobą, która wydała już swoją książkę. Była to Magda Palmowska z @coachingserca, która opowiedziała mi szczegółowo na czym polega cały proces. Dzięki Magdzie dowiedziałam się o tym, kto może mi pomóc, gdzie szukać pomocy. Dzięki Magdzie jestem w grupie na Facebooku „piszę bajki dla dzieci”, gdzie jest 100 twórców, którzy wydają swoje książki w różny sposób. Jedni wydają z wydawnictwem, drudzy wydają sami, podobnie jak ja, a jeszcze inni korzystają z tak zwanego „vanity”, co nie jest polecane, więc nie warto o tym pisać.

Czekałam na odpowiedź z wydawnictwa, bo powiem szczerze, wysłałam swoje bajki do kilku w Polsce. Wydawnictwa mogą się odezwać po miesiącu, dwóch, roku, dwóch latach, albo wcale. Czekałam miesiąc, ale znudziło mnie to i stwierdziłam, że idę na całość i wchodzę w self-publishing. Wcześniej poczytałam o wydawnictwach, o tym, ile można zarobić- od razu mówię, jako debiutantka zarobiłabym mało; do tego miałabym bardzo mały wpływ na ostateczny wygląd książki, albo nie miałabym po prostu żadnego wpływu! I mogłoby okazać się, że finalnie z pierwotnego pomysłu pozostało niewiele. Nie bardzo mi się to podobało. Skoro włożyłam tyle serca w moje historie, zależało mi na konkretnym kształcie książek.

Zdawałam sobie sprawę, że self-publishing to ogromna odpowiedzialność, więcej pracy, kontrola na każdym etapie. Najważniejsze było znaleźć do współpracy odpowiednie osoby. Osoby, które nie zawalą mi terminów, którym będzie zależało podobnie na moich książkach, jak mi. Tekst miał pozostać niezmieniony, ale błędy wyeliminowane. Ilustracje od początku do końca miały być według mojej wizji. I tak krok po kroku, kilka osób, kilka z tak odległymi terminami, że gdybym czekała, dopiero teraz brałabym się za wydanie książek.

Na pierwszym miejscu jest redakcja i wybrałam świetną specjalistkę w tej dziedzinie- Ewę Popielarz. Wszystko mi wytłumaczyła, kilka rzeczy pomogła zrozumieć, wyjaśniła. Współpraca przebiegała bez zakłóceń. Pandemia i związane z nią choroby, trochę nam przeszkadzały, ale finalnie książki zostały świetnie zredagowane. Pani Ewa była bardzo wyrozumiała i wzięła pod uwagę moją sytuację zawodową i finansową. Jako wybitna specjalistka w swojej dziedzinie, znająca wiele osób w branży wydawniczej, była też w stanie polecić mi kilka osób, które miały zająć się kolejnymi etapami w tym trudnym procesie.

Kolejnym etapem była korekta. Skorzystałam z pomocy osoby, którą poleciła mi Pani Ewa, mianowicie korektą zajęła się Magdalena Białek. Korektę robiłyśmy dwa razy, zaraz po redakcji i na końcu po składzie. Korektor wyłapuje różne błędy, niepotrzebne spacje, błędne przeniesienia. Z racji tego, że książeczki nie są długie Pani Magdalena zajęła się nimi błyskawicznie. Praca przebiegła szybko, profesjonalnie i nie za drogo.

W międzyczasie szukałam w internecie osoby, która zajęła by się zrobieniem ilustracji. To najważniejszy element moich książek. Czytam córce bardzo dużo i zwracam uwagę na ilustracje. Nie lubię ilustracji abstrakcyjnych, dziwnych postaci, postaci z dziwnymi twarzami, bez odpowiednich proporcji. Zależało mi, żeby postacie były realistyczne, ale dziewczynki nie miały wyglądać jak te w realu. Sama nie wierzę, że udało mi się znaleźć osobę w internecie, która potrafiła oddać wszystko, co ja miałam na myśli, o co poprosiłam. To było przeznaczenie. Tak miało być. Pierwsza osoba z listy i to był strzał w dychę. Za ilustracje odpowiedzialna jest Izabela Madeja. Bardzo polecam. Współpraca przebiegała bezbłędnie. Każda moja sugestia została wzięta pod uwagę. Dziewczynki na początku wyglądały inaczej, ale pod wpływem Marty Klepki i naszej rozmowy w listopadzie ubiegłego roku, poprosiłam o zmianę włosów u dziewczynek. I poszło! Jak chciałam! Izabela Madeja zrobiła ilustracje do książek, plakaty, zakładki do książek.

No i końcówka prac nad ostatecznym kształtem książek, czyli skład. I tu wkracza On, jedyny mężczyzna w tym kobiecym team’ie- Józef Popielarz, tak tak, zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa. Pan Józef został mi polecony przez Ewę Popielarz, ale dlaczego nie wspierać swoich, tym bardziej jeśli są dobrymi specjalistami w swojej dziedzinie? Skorzystałam i nie żałuję, bo finalnie książki wyglądają pięknie.

I finalnie czas na drukarnię. Otrzymałam wiele informacji, rad od ludzi na Facebooku. Wysłałam do kilkunastu drukarni zapytanie ofertowe i czekałam. Oferty były różne. Nie wytrzymałam przy dziwnych pytaniach od jednej z drukarni. Pewnego dnia poszłam do księgarni i przejrzałam książki, których wydanie bardzo mi się podobało. I trafiłam! Białostockie Zakłady Graficzne BZGRAF i świetna Pani Elżbieta Radziszewska, która jest jedną z lepszych osób z obsługi klienta, jakie kiedykolwiek poznałam. To obsługa, o jakiej można pomarzyć. Świetny kontakt, jestem cały czas na bieżąco.

I tak, od kiedy napisałam książki w zeszłym roku, wiele się zadziało. Na dniach wyjdą piękne, kolorowe książki, które mam nadzieję spodobają się dzieciom i będą ciekawe kolejnych części. To taki prezent ode mnie dla dzieci, dla mojej córki, ode mnie dla siebie sprzed lat, bo…

…JESTEM TEGO WARTA 🙂

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *